Newsletter

Przekaż darowiznę

Przekaż darowiznę

Bieszczadzki Rajd „J-elity”. Życie pisze najciekawsze scenariusze

Co powiecie na połączenie kina drogi, musicalu, filmu przygodowego z elementami thrillera ? Myślicie, że taki misz masz gatunkowy to coś niestrawnego? Otóż nie, jest wręcz przeciwnie, a dowodem na to okazał się tegoroczny Rajd Bieszczadzki, organizowany po raz czwarty przez niezawodną podkarpacką „J-elitę”.

W tym roku, tak samo jak we wcześniejszych edycjach rajdu, bazą entuzjastów gór było Siedlisko Brzeziniak w Przysłupiu. Do pensjonatów Mateczniak i Młodniak przybyliśmy z całej Polski: z Warszawy, Krakowa, Opola, okolic Wrocławia, z terenów podkarpackich oraz okolic nadmorskich.

Gotowi na kino drogi?

Pierwszego dnia wyjazdu, po radosnych powitaniach ze współtowarzyszami wędrówki i zjedzeniu pysznego posiłku, nasyceni kalorycznie, ale głodni górskich eskapad, wyruszyliśmy w teren.

Punktem startowym naszej wyprawy była Przełęcz Wyżyniańska, a pierwszym celem Połonina Caryńska. Warunki były znakomite: piękna słoneczna pogoda i pełna widoczność, pozwalająca na podziwianie zachwycającej przyrody. Naładowani pięknem krajobrazu, w świetnych humorach, rozpoczęliśmy marsz. Jak to w kinie bywa, tak i w życiu, sam cel fizyczny, namacalny nie jest tym jedynym. Innym, być może nawet ważniejszym jest sama droga oraz to co dzieje się w głowach podróżników. Tak było też i w naszej drużynie. W pełnym składzie pokonaliśmy forsujące podejście pod górę i dotarliśmy na Połoninę Caryńską. Widoki z niej były warte każdego wysiłku. Po nasyceniu się zachwycającymi panorami górskimi i zrobieniu grupowej fotki, ruszyliśmy dalej, w dół. Po drodze zatrzymaliśmy się w schronisku Koliba. Był to przystanek na złapanie oddechu przed kolejmym etapem górskiej trasy.

Film bez żadnego zwrotu akcji mógłby zanudzić widza. O adrenalinę i podkręcenie tempa zadbała sama pogoda. Z oddali usłyszeliśmy ciekawe efekty dźwiękowe, które okazały  się nadchodzącą burzą. To skłoniło nas do przyspieszenia kroku – wrzuciliśmy trzeci, a momentami i czwarty bieg. Udało się wyprzedzić pioruny i dotrzeć bez żadnego szwanku z powrotem do Brzeziniaka. Nasza wędrówka zakończyła się sukcesem. Wygraną była satysfakcja z pokonanej drogi, wyśmienite nastroje oraz solidna porcja wybornych ruskich pierogów.

Co powiecie na musical?

Sceną dla musicalu okazała się wieczorna biesiada grillowa. Był gitarowy duet, taneczny koncert życzeń i jak to w musicalu nie mogło też zabraknąć porywającego tańca grupowego.

Tego wieczoru każdy mógł zamówić u DJ Patrycji piosenkę – warunek był tylko jeden: musiał to być song, który wyzwoli u wybierającego natychmiastową chęć zaprezentowania swoich umiejętności tanecznych. I tak właśnie było.  Mistrzami parkietu okazali się w tym roku panowie, u których muzyka wyzwoliła nieokiełzaną wręcz energię. Na liście przebojów znalazła się m.in. Lambada, która nie jednego, nie dwóch, a prawie wszystkich uczestników zabawy porwała do tańca i tak właśnie powstał lambadowy wąż – epicka grupowa choreografia bieszczadzkich rajdowiczów.

Następnego dnia wyprawę prowadził przewodnik Witold Tomaka, który jest członkiem bieszczadzkiego GOPR-u. Oprócz pełnego profesjonalizmu, wiedzy  i doświadczenia na temat zachowania w górach w różnych sytuacjach, pan Witek przytaczał nam co rusz bardzo ciekawe, a często i zabawne anegdoty, które jeszcze bardziej ubarwiły sobotnie wyjście w góry.

Lubicie przygodę i dreszczyk emocji jak w thrillerach?

Jeśli tak, to świetnie, bo sobota była  dniem takich właśnie wrażeń. Punktem startowym był tym razem parking Nasiczne, zaś celem sobotniego marszu Dwernik Kamień ( 1004 m n.p.m.).

Przewodnik Witek przed wyruszeniem na szlak powiedział, że kto ma stracha, może jeszcze się wycofać. Pewnie zastanawiacie się skąd w ogóle taka myśl. Otóż na drodze tej można spotkać ślady „Ducha Bieszczad”. Brzmi fascynująco i troszkę groźnie. „Duch Bieszczad” waży od 200 do ponad 300 kg, w pozycji wyprostowanej może sięgać nawet do 3 m. To nikt inny jak niedźwiedź. Być może obleciał nas strach, ale nikt z nas się nie wycofał.

„Cała naprzód ku nowej przygodzie!
Taka gratka nie zdarza się co dzień.”

Tak oto znaleźliśmy się na szlaku, który prowadził przez tajemnicze, przepełnione magiczną atmosferą lasy. Uważnie rozglądaliśmy się za śladami „Ducha Bieszczad”, na które ostatecznie nie trafiliśmy. Spotkaliśmy za to po drodze salamandry oraz ciekawe okazy miejscowej flory.

I tym razem, podobnie jak poprzedniego dnia, aura zadbała o zwroty akcji. Do efektów specjalnych należały:  moc deszczowych atrakcji oraz mgła na samym szczycie Dwernik Kamień.

Trasa ze szczytu Dwernik Kamień prowadziła w dół krętą ścieżką przez las do wodospadu Szepit na potoku Hylaty. Szepit jest najwyższym wodospadem w Bieszczadach. Dalej mieliśmy podejście pod górę – na szczyt Magura, z którego wróciliśmy na Dwernik Kamień i następnie do parkingu Nasiczne. Ze szlaku wróciliśmy cali, podekscytowani, szczęśliwi i … głodni. Adrenalina i emocje, które towarzyszyły nam w czasie zwiedzania terytorium „Ducha Bieszczad” zaostrzyły nam apetyt. Z ogromną chęcią zjedliśmy smaczne dania, które czekały na nas w Siedlisku Brzeziniak.  Po obiadokolacji przyszła pora na rozmowy oraz turniej gry w UNO. Okazało się, że wielu z nas to wielbiciele tej właśnie gry karcianej.

Nadeszła niedziela, ostatni dzień Bieszczadzkiego Rajdu. Jeszcze przed śniadaniem odbyła się sesja zdjęciowa, w czasie której Patrycja i Piotr pozowali do zdjęć wykonując pozycje jogi. Nieoczekiwanymi fotomodelami okazały sie piękne konie, które przybiegły i z dumą paradowały przed nami. Pewnie wyczuły, że mają szansę znaleźć się w fotorelacji z rajdu i nie chciały stracić takiej okazji.

Po śniadaniu część z nas musiała wracać do domu, a część – aby tradycji stało się zadość – pojechała na deserowe i obiadowe przysmaki w Solinie. W ten oto sposób, zgodnie z obyczajem, zakończyliśmy czwarty Bieszczadzki Rajd „J-elity”.

Jak zawsze, było wspaniale i inspirująco. Chodzenie po górach jest jak mierzenie się z przeciwnościami losu, w tym także tymi związanymi  z chorobą. Bywa ciężko, są momenty, gdy chcemy zawrócić z drogi, bo nie mamy już sił i czujemy ból,  zmęczenie, strach. Gdy jednak pokonamy te wszystkie przeszkody i dojdziemy do celu, radość i satysfakcja jest nie do opisania. Czy nie pięknie jest dzielić taką drogę z osobami, które nas rozumieją i gotowe są nas wesprzeć, gdy napotykamy trudności i śmiać się razem z nami gdy są ku temu okazje?

Bardzo dziękuję organizatorom tegorocznego Bieszczadzkiego Rajdu oraz wszystkim uczestnikom. To Wy sprawiliście, że był to cudowny czas.

Zosia Stawicka

Spodobał Ci się ten wpis? Podziel się nim 🙂

Newsletter