Newsletter

Przekaż darowiznę

Przekaż darowiznę

Tropami niedźwiedzia. Bieszczadzki Rajd J-elity 2019

Bieszczady przywitały uczestników piątego rajdu „J-elity” zmienną aurą i kolorami jesieni. Przyroda nagrodziła nas jednak za wysiłek na szlaku pięknymi widokami i niezapomnianymi przeżyciami.

W czwartek 3 października wieczorem pod Siedlisko Brzeziniak w Przysłupiu zaczęły zjeżdżać auta z rejestracjami z Wrocławia, Działdowa, Krakowa oraz Warszawy i jej okolic. Tradycyjnie ściągnęła też ekipa z Rzeszowa i Podkarpacia. Słoneczny jesienny dzień nie zapowiadał niespodzianki, którą sprawił podróżnym. Po zmroku z lasu wypełzła gęsta mgła, za sprawą której ostatnie pięćdziesiąt kilometrów pokonywaliśmy ledwo widoczną opustoszałą drogą w nierealnej atmosferze.

Emocje na trasie nie odebrały nam dobrego humoru, który wzrósł jeszcze bardziej podczas wieczornego spotkania przy kominku. Zaczęliśmy od świętowania urodzin organizatorki rajdu, Patrycji. Było gromkie „sto lat”, wspaniały tort, prezent i mnóstwo serdeczności. Ponieważ  nazajutrz czekała nas górska wędrówka, przed północą położyliśmy się grzecznie spać.

Rano zjedliśmy pyszne i treściwe śniadanie, które zapewniło nam energię na wyprawę. Zwarci i gotowi punktualnie o godzinie dziesiątej przywitaliśmy się z naszą przewodniczką, panią Elą, i wyruszyliśmy szlakiem na Hyrlatą (1103 m.n.p.m.). Już na początku trasy musieliśmy pokonać jednym susem strumień. Nie obeszło się bez paru zmoczonych butów, ale nie przeszkodziło nam to w dalszej wędrówce. Szybko przekonaliśmy się, jak dzikie są Bieszczady. Natknęliśmy się na świeże ślady niedźwiedzia. Pani przewodnik udzieliła nam instrukcji jak się zachować przy spotkaniu z misiem i zaleciła głośnie zachowanie, żeby zwierzę mogło nas usłyszeć i w porę zejść nam z drogi.

Trasa przebiegała głównie lasem. To stosunkowo nowy szlak, dlatego po drodze nie spotkaliśmy żywej duszy. Nie brakowało stromych podejść i błota, ale cała ekipa świetnie sobie radziła. Sił nabieraliśmy podczas postojów. Nagrodą za wysiłek był dla nas piękny widok ze szczytu Hyrlatej. Był czas na zdjęcia i wpatrywanie się w cudowny jesienny krajobraz. Ci, którzy myśleli, że po wejściu na wierzchołek góry najtrudniejsze mają za sobą, bardzo się mylili. Zejście jest bardziej strome, a błoto nie ułatwiało nam zadania. Mimo iż schodziliśmy powoli, nie uniknęliśmy kilku poślizgnięć i upadków. Była to jednak drobnostka, która nie przesłoniła nam radości ze zdobytego szczytu.

Gdy zakończyliśmy wędrówkę i wsiedliśmy do samochodów, każdy marzył o pysznym obiedzie. I nie zawiedliśmy się. W Siedlisku Brzeziniak czekał na nas przepyszny i zdrowy posiłek. Tym razem hitem była zupa pomidorowa z grzankami. Po chwili odpoczynku przyszedł czas na rozrywki: ognisko, gitara, śpiewy i tańce. Nie mogło zabraknąć wspólnych rozmów o życiu, chorobie i związanych z nią anegdot. Najmłodsza uczestniczka rajdu stwierdziła, że spodziewała się trochę więcej żartów o kupie. Kupa była, ale śmiechu.

Drugi dzień rozpoczęliśmy w okrojonym składzie, ponieważ część uczestników rajdu wybrała zwiedzanie okolicy pensjonatu. Ci, którym niestraszna była jesienna pogoda, wyruszyli szklakiem na Korbanię (894 m. n.p.m.). Po drodze zwiedziliśmy retorty do wypału węgla drzewnego. Ciśnienie co chwilę nam rosło za sprawą świeżych śladów niedźwiedzi i rysi. Nie spotkaliśmy jednak żadnych wielkich drapieżników, a jedynie kilka salamander. Marsz na szczyt rozpoczęliśmy od strony Sinych Wirów, skąd udaliśmy się w kierunku Łopienki, gdzie znajduje się piękna cerkiew. Im wyżej, tym więcej atrakcji. Po chwili wędrówki wyszliśmy na gigantyczną polanę usianą grzybami. Wędrowaliśmy dalej w kierunku Korbani, gdzie wspięliśmy się na wieżę widokową z drewnianych bali. Mimo chmur i mżawki widać z niej było doskonale Zalew Soliński.

Pogoda była w kratkę, ale fantastyczna atmosfera i ciekawe opowieści przewodniczki sprawiały, że humory nam dopisywały. Na obiad wróciliśmy uwalani błotem, ale szczęśliwi. Po obiedzie i regeneracji w salonie przy herbacie byliśmy gotowi na wieczorną biesiadę przy grillu. Podczas spotkania, przy akompaniamencie gitary odśpiewaliśmy całą listę przebojów – od piosenek turystycznych po rockowe hity –  i z poczuciem dobrze spędzonego dnia koło pierwszej w nocy poszliśmy do łóżek.

Niedzielny poranek, śniadanie i pożegnania. Większość uczestników rajdu rozjechała się w swoje strony, a szaleńcy z podkarpackiej ekipy w dwóch autach terenowych postanowili sprawdzić się w błocie na ekstremalnej trasie offroadowej. Jazda po wertepach dostarczyła nam olbrzymi zastrzyk adrenaliny. Zakopaliśmy się po uszy w błocie, ale wszystko dobrze się skończyło dzięki uprzejmości miejscowego gospodarza i mocy ciągnika Ursus, który wyciągnął nas z bajora. Po tych emocjach odwiedziliśmy miejscową cukiernię i po krótkiej regeneracji ruszyliśmy dalej. Trasa w kierunku Rzeszowa prowadziła wzdłuż Sanu. Po drodze podziwialiśmy piękną cerkiew w Uluczu i mnóstwo innych atrakcji. Rajd oficjalnie zakończyliśmy pierogami i żurkiem w karczmie pod Semaforem w Bachorzu i każdy pojechał w swoją stronę.

Podczas weekendowej wędrówki zawarliśmy wiele przyjaźni. Tym razem Bieszczady przywitały nas zmienną aurą i kolorami jesieni. Przyroda nagradzała nas jednak za wysiłek na szlaku. Na długo zapamiętamy chwilę, gdy po kilku godzinach mozolnej wędrówki w błocie, niebo się nagle przejaśniło, a nad naszymi głowami przeleciały klucze żurawi odlatujących na zimowisko do Afryki. To tak jak w naszych chorobach: po okresach zaostrzenia, bólu i ciężkiej walki zawsze wstaje słońce i przychodzi remisja, która sprawia, że znów cieszymy się życiem.

Do zobaczenia za rok, niech ładunek radość i moc płynąca ze wspólnie przeżytych dni  będzie z wami.

Monika Różycka, Piotr Chrzanowski

Spodobał Ci się ten wpis? Podziel się nim 🙂

Newsletter